wtorek, 25 lutego 2020

Newsroom

Podsumowanie tygodnia: Nadzieja w funduszach

mld | 27 grudnia 2019
W nowy rok wchodzimy bez wielkich oczekiwań. Cztery ważne prospekty i jeden na etapie zatwierdzania w KNF zapowiadają, że w 2020 r. publicznych emisji może być równie niewiele, co w 2019 roku.

PCC Rokita może przeprowadzić jedną emisję refinansującą, PCC Exol dwie podobne, emisje PKO Banku Hipotecznego są naprawdę elitarne (zapisy od 110 tys. zł), o nowe środki może zabiegać Kruk (jeśli ceny wierzytelności i ich podaż spadnie do poziomów przez niego akceptowalnych), Ghlelamco Invest przed końcem roku przeprowadziło cztery emisje pozyskując z nich 165 mln zł i na razie głodu emisji publicznych i pozyskania środków może nie odczuwać. I to wszystko. Całe plany emisji publicznych na przyszły rok można streścić w jednym, krótkim akapicie. Czy rynek zamiera na naszych oczach?

Tak źle nie jest. Sporo emisji schodziło w grudniu bez większych problemów – zarówno tych dużych (Enea na 1 mld zł, Play na 750 mln zł) jak i tych średnich (LPP na 300 mln zł, Dom Development na 50 mln zł) jak i tych całkiem małych (zainteresowanych odsyłam do rejestru KDPW). Emisje są więc plasowane, tyle, że mniej jest wśród nich tych przeprowadzanych na podstawie zatwierdzonego przez Komisję prospektu. Jak są więc sprzedawane? Po staremu – lwia część trafia do funduszy i – czego się domyślamy – na książki banków, część plasowana przez niezależne domy maklerskie do inwestorów indywidualnych. Fundusze dłużne mają za sobą dobry rok, jeśli chodzi o wypracowane stopy zwrotu, fala umorzeń odpłynęła od funduszy obligacji korporacyjnych. Oczywiście pieniędzy na rynku jest mniej niż powiedzmy dwa lata temu i to jest przyczyna, dla której emitenci płacą za dług więcej (a za kredyty mniej lub tyle samo), na przekór globalnym tendencjom.

Skoro drobni inwestorzy indywidualni nie mogą za bardzo przebierać między emisjami publicznymi (wybór nigdy nie był duży, ale tak słaby jak w 2019 r. był ostatnio siedem lat wcześniej), ich zainteresowania muszą kanalizować się w innym miejscu. Poza nieruchomościami pod wynajem przez sufit przebiły się obligacje oszczędnościowe, ale być może przyszły rok nie będzie takim inwestycjom sprzyjał ze względu na oczekiwaną wysoką inflację (a więc i wysoką bazę dla obligacji indeksowanych inflacją). Środki mogą więc częściowo trafić do portfeli funduszy dłużnych i tu dochodzimy do tytułowej tezy. Co najmniej dwa fundusze zamknięte wyspecjalizowane w rynku obligacji korporacyjnych starają się o zatwierdzenie prospektu i wyjście na rynek publiczny. KNF nie daje zielonego światła, być może wiążąc decyzję z wynikami kontroli w TFI, które miałyby tymi funduszami współzarządzać (głupio byłoby zatwierdzić prospekt, a miesiąc później np. cofnąć licencję lub/i nałożyć drakońską karę). Niemniej, procesy te nie mogą przecież trwać w nieskończoność i kiedyś decyzje będą musiały zapaść. Jakie propozycje mogą trafić do inwestorów? Uczestnictwo w funduszu private debt z potencjalnie wysoką stopą zwrotu (powiedzmy 6-7 proc.) i rentierską konstrukcją oraz względnie tani fundusz obligacji korporacyjnych, które na co dzień obserwujemy na rynku, z potencjalną stopą zwrotu przekraczającą 4 proc. W odróżnieniu od publicznych emisji, sprzedaż takich certyfikatów mogłaby mieć charakter niemalże ciągły, choć zapewne zainteresowanie produktami byłoby cykliczne (najpierw wysokie, później uzależnione od wyników i alternatywnych stóp zwrotu). Do czasu zatwierdzenia prospektów inwestorzy mogą powierzyć środki np. klasycznym, otwartym funduszom obligacji korporacyjnych licząc na powtórzenie ich dobrych wyników (średnio 3,1 proc. na koniec listopada), co może się udać pod warunkiem kontynuacji hossy na światowych rynkach, ale o to lepiej akurat się nie zakładać.

Więcej wiadomości kategorii Komentarze

Emisje