piątek, 24 stycznia 2020

Newsroom

Podsumowanie tygodnia: Rok nie całkiem stracony

Emil Szweda | 20 grudnia 2019
O 6,1 mld zł wzrosło zadłużenie skarbu państwa z tytułu emisji obligacji oszczędnościowych do końca października. Z tego 5,1 mld zł przypadło na obligacje cztero- i dziesięcioletnie indeksowane inflacją.

Jeśli pamiętać, że na początku roku zadłużenie z emisji czteroletnich obligacji sięgało 6,5 mld zł, a na koniec października wynosiło już 11 mld zł, mówimy o możliwości podwojenia tej wartości w ciągu roku. To wzrost zadłużenia mówi o „napływie nowych środków” na rynek obligacji oszczędnościowych, a nie sama sprzedaż, choć jej wyniki są równie spektakularne (15,6 mld zł w 11 miesięcy). Przyczyny wzrostu popularności obligacji indeksowanych inflacją są oczywiste (wzrost inflacji, niskie oprocentowanie lokat). Pułapką może okazać się oczekiwany czasowy wzrost inflacji powyżej 3 proc. w przyszłym roku (efekt wysokiej bazy może odbić się czkawką w kolejnym roku) i jej ewentualny spadek w kolejnych latach.

Czy w takim scenariuszy pieniądze inwestowane w obligacje oszczędnościowe kiedykolwiek mogą przepłynąć w innym kierunku, na przykład obligacji korporacyjnych? Szanse na to są marne. Nawet w 2015 r., gdy inwestorzy rozczarowani inwestycją w obligacje inflacyjne (w 2011 r. inflacja sięgała 5 proc., a w 2015 r. deflacja sięgnęła 1,5 proc) zmniejszyli nieco zaangażowanie w czteroletnie papiery (o mniej niż 10 proc., do 1,66 mld zł (od tego czasu zaangażowanie inwestorów w czterolatki wzrosło więc niemal siedmiokrotnie), a publiczne emisje obligacji osiągały szczyt popularności (wartość emisji w 2015 r. przekraczała 1,5 mld zł, a popytu na nie - 3 mld zł), skarb państwa emitował więcej obligacji oszczędnościowych niż umarzał. Na tej podstawie możemy sądzić, że prędzej do łask wrócą papiery o stałym oprocentowaniu, ale nadal skarbowe, niż posiadacze obligacji oszczędnościowych przerzucą środki na rynek korporacyjny. Wymagałoby to z ich strony pewnego wysiłku – agentem obligacji oszczędnościowych jest PKO BP, a DM PKO BP ostatnio stroni od publicznych ofert obligacji korporacyjnych innych niż obligacje PKO Banku Hipotecznego. Dla pozostałych podmiotów rynku obligacji korzyść z eksplozji popularności papierów oszczędnościowych jest więc taka, że słowo obligacja traci swoją negatywną konotację.

Po prawdzie, rynek kapitałowy nie ma dla posiadaczy skromnych oszczędności dobrych propozycji. W 2019 r. wartość publicznych emisji obligacji korporacyjnych przeprowadzonych na podstawie prospektów emisyjnych i adresowanych do inwestorów indywidualnych wyniosła 352 mln zł i była o 61 proc. niższa niż rok wcześniej, który był pod tym względem o połowę słabszy od 2017 r. (rekordowego). Nie ma podstaw by sądzić, że w przyszłym roku sytuacja istotnie się zmieni, ale o tym w kolejnym komentarzu.

Nie można jednak sądzić, że rynek korporatów skazany jest na wymarcie. Przeciwnie. Zmienia się tylko jego forma. Burzliwy okres wczesnego rozwoju po 10 latach możemy uznać za zakończony, a wchodzimy w wiek dojrzałości. Publiczny rejestr emisji (od 1 lipca br.) wyrzucił z rynku najbardziej ryzykowne papiery (emisje albo trafiają na Catalyst albo muszą być rejestrowane przez agentów emisji; mało kto, chciałby podłożyć swoją reputację pod papiery o dużym ryzyku defaultu). Od 30 listopada prawie wszystkie emisje mają status publicznych (ale niekoniecznie prospektowych), krąg adresatów ograniczono do 149 rocznie. Oznacza to nieuchronną profesjonalizację rynku. Obligacje nigdy nie były produktem masowym. Teraz jednak będą trafiać głównie do profesjonalnych i świadomych inwestorów (MiFID II). Choć nie każdemu wszystkie te zmiany muszą się podobać, rynek na nich zyskuje, o czym mamy nadzieję przekonać się za rok.

Więcej wiadomości kategorii Komentarze

Emisje